Być Maryją dla Jezusa 

Ostatecznym celem nabożeństwa do Matki Bożej nie jest Ona sama, ale Jezus. Tak, Jezus! Prawdziwa cześć dla Maryi nie jest celem samym w sobie, ale stanowi narzędzie, drogę i siłę miłości prowadzącej do ostatecznego celu egzystencji ludzkiej: Jezusa i Nieba. 

Pan Jezus jest „Początkiem i Końcem” (Ap 21,6) każdej rzeczy. „Wszystko przez Niego się stało” (J 1,3). Także Najświętsza Panna. Przede wszystkim Ona! Bez Jezusa Maryja nigdy by nie zaistniała. 

Kochać Maryję zatem, poświęcić się Jej i należeć do Niej bezwarunkowo, oznacza ofiarować siebie Tej, która w całości odnosi się do Jezusa, która jest Jemu oddana od wieków i na zawsze, i która oddaje Panu Jezusowi siebie samą wraz ze wszystkimi, którzy Jej się powierzają. Oto droga pobożności maryjnej: iść do Jezusa z Maryją i w Maryi. Dobrze mówi św. Ludwik M. Grignion de Montfort: oddawanie czci Maryi polega głównie „na oddaniu siebie w całości Maryi, a przez Jej pośrednictwo Jezusowi, oraz na czynieniu wszystkiego z Maryją, w Maryi i przez Maryję”. 

Wszyscy czciciele Maryi powinni realizować natchnione słowa św. Ambrożego: „Niech będzie w was dusza Maryi, ażeby wychwalać Boga. Duch Maryi niech w was będzie, by uwielbiać Pana”. 

Przeniknąć do pałacu 

„Maryja jest jak cudowny pałac” – mawiał św. Maksymilian M. Kolbe. Wewnątrz i pośrodku tego pałacu suwerennie panuje Jezus Chrystus. Żeby więc dostać się do Jezusa, musimy przeniknąć do tego pałacu. „Bądź pozdrowiona, Pałacu Jego!” – wołał św. Franciszek z Asyżu. 

Trzeba więc przeniknąć do Maryi – czyli pokochać Ją aż do zjednoczenia się z Nią; aż do wniknięcia i zamknięcia się w Niej. „Przemienić się w Nią” – tak z kolei mawiali św. Ludwik Grignion de Montfort i św. Maksymilian Kolbe. Św. Maksymilian używa wręcz odważnego wyrażenia: „przeistoczenie się” w Maryję, aby „stać się Nią, sprawić by w nas pozostała tylko Ona”. Błogosławiony Karol de Foucauld również pragnął „stać się drugą Maryją, żyjącą i działającą”, „umaryjnić się”, to znaczy realizować w odniesieniu do Maryi wielkie słowa św. Pawła: „Moim życiem jest Maryja”, „Nie żyję już ja, lecz żyje we mnie Maryja” (por. Flp 1,21). Po co jednak to wszystko? 

Stawanie się Maryją oznacza możliwość kochania Pana Jezusa poprzez uczestnictwo w miłości najdoskonalszego stworzenia. Stawanie się Maryją oznacza możliwość podobania się Jezusowi, sprawiania mu radości i przyjemności poprzez okazywanie Mu w nas niebiańskich rysów twarzy Jego Najświętszej Matki, poprzez dawanie Mu odczuć w naszym sercu impulsów czystej i wzniosłej miłości Jego Matki zawsze Dziewicy. 

Kiedy się wzrasta w pobożności maryjnej – naucza św. Maksymilian M. Kolbe – dochodzi się do momentu, w którym „Ona naszym ubogim sercem kocha swoje Boże Dzieciątko. Stajemy się narzędziem, którym Niepokalana kocha Jezusa – a Jezus, widząc, że jesteśmy własnością i niemalże częścią Matki Najświętszej, kocha Ją w nas i przez nas”. Dlatego też prawdziwe nabożeństwo do Maryi, dalekie jest od ujmowania czegokolwiek Panu Jezusowi. Jest ono radością najsłodszą, najmilszym weselem w sercu Syna. 

Pewnego dnia św. Gertruda wysłuchała kazania, w którym wysławiano Maryję w silnym porywie miłości, nie mówiąc jednak ani słowa o Panu Jezusie. Świętej zrobiło się przykro z powodu milczenia na Jego temat, i kiedy przechodziła obok obrazu Maryi, doświadczyła tym razem mniejszego uniesienia, pozdrawiając Ją. Natychmiast ukazał jej się Pan Jezus i powiedział: „Uznaję za uczyniony wobec Mnie samego każdy wyraz uszanowania dla Mojej Matki”. 

Nie jest możliwe, aby syn poczuł się obrażony lub zasmucony, widząc swoją matkę otaczaną szacunkiem i miłością. Jest wręcz odwrotnie. Wielki św. Bernard twierdził: „Nic mnie tak nie cieszy, jak mówienie o chwale Maryi Dziewicy”. Pokorna św. Bernadetta Soubirous mówiła, że ma w sercu tylko jedną ambicję: widzieć Najświętszą Pannę przez wszystkich „kochaną i wychwalaną”. 

A św. Joanna de Chantal napisała, że „ten modli się w sposób dostatecznie miły Najświętszej Pannie, kto wielbi Boga za wielkie rzeczy, które w Niej uczynił oraz za to, że Ją wybrał na Swą godną i prawdziwą Matkę”. 

Dlatego Kościół zawsze nauczał, że zjednoczenie z Maryją nie tylko „nie przeszkadza w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia ją” (Lumen Gentium, 60). Nie może być inaczej – im bardziej jest się zjednoczonym z Maryją, tym bardziej jest się zjednoczonym z Jezusem. 

Na najlepszej drodze 

Prawdziwe i doskonałe nabożeństwo do Maryi prowadzi nas do Pana Jezusa, naszego ostatecznego celu, najjaśniejszą drogą; drogą, jaką On sam wybrał, aby przyjść do nas. Św. Bernard mówił, że Najświętsza Panna była „królewską Drogą Zbawiciela”. Skoro zaś Pan Jezus wybrał tę Drogę, ażeby dać nam Siebie, nie myślimy chyba, że znajdziemy lepszą, by dać się Jemu! Działanie Boga jest doskonałe. Jeśli więc my działamy odmiennie, siłą rzeczy popadamy w niedoskonałość. 

Na ten temat, zarówno św. Ludwik Grignion de Montfort, jak i św. Maksymilian, twierdzą zgodnie, że doskonałe nabożeństwo do Maryi stanowi „prostą, krótką, doskonałą i bezpieczną drogę do zjednoczenia z naszym Panem”, ponieważ Maryja zna matczyną sztukę osładzania tego, co kwaśne lub gorzkie i zmiękczania tego, co zbyt twarde. Bł. Guntard Ferrini mawiał: „Jeśli droga prowadząca do Serca Jezusowego jest długa i stroma – jedno spojrzenie na Serce tej Matki, i dalej, odwagi!”. 

Tak, Maryja naprawdę skraca odległości, pomaga lepiej maszerować i szybciej osiągnąć cel. 

Pewnego razu jeden z synów duchowych św. Pio z Pietrelciny poprosił: – „Ojcze, pokaż mi drogę na skróty do Pana Boga”. Ojciec Pio odpowiedział: – „Drogą na skróty jest Panna Maryja”. 

Skoro więc nabożeństwo do Matki Bożej rzeczywiście jest drogą na skróty do uświęcenia, dlaczego mielibyśmy narażać się na niebezpieczeństwa długiej drogi? Powinniśmy raczej dziękować Bogu, że pozwala nam korzystać z tej niebiańskiej „drogi na skróty”, którą moglibyśmy nazwać „autostradą” do Serca Jezusowego. Co więcej, św. Alfons Liguori, ze zwykłą sobie serdecznością, zachęca nas usilnie do proszenia Najświętszej Panny, żeby wręcz niosła nas na rękach! „Ach, Pani! Nie oczekuj, że sam będę szedł do Boga, jeśli Ty mnie nie poniesiesz na swoich ramionach. Weź mnie na ręce i nieś; a jeśli będę się opierać, weź mnie siłą”. 

Po białej drabinie 

Droga pobożności maryjnej to „biała drabina”, jaką w sławnej wizji ujrzał brat Leon. Świątobliwemu zakonnikowi ukazało się niezmierzone pole, a na nim wielu współbraci, którzy mieli wejść do nieba. Stały tam też dwie drabiny – czerwona i biała. Na szczycie czerwonej, obok Pana Jezusa stał św. Franciszek, który zapraszał do wejścia. Bracia zaczynali więc z ufnością wspinać się po niej – wkrótce jednak spadali, jedni z pierwszego szczebla, drudzy z drugiego, jeszcze inni z trzeciego. Nieliczni, z wielkim mozołem, już prawie osiągali szczyt – lecz i oni spadali na dół. Seraficki Ojciec zachęcił więc swoich synów: „Odwagi, ufajcie! Biegnijcie do białej drabiny”. Tam zaś Przepiękna, tam Niepokalana zapraszała tych, którzy do Niej się uciekali i wszyscy oni z cudowną łatwością wchodzili na sam szczyt. 

Przede wszystkim jednak, prawdziwe nabożeństwo maryjne jest najdoskonalszą – to znaczy najszlachetniejszą i najpiękniejszą – drogą do Jezusa. Zaiste któreż stworzenie prócz Maryi było kiedykolwiek tak bezpośrednio zjednoczone z Jezusem, tak całe Jezusa, z Jezusem i dla Jezusa? Żadne stworzenie, ani niebieskie, ani ziemskie. 

Być Maryją dla Jezusa oznacza zatem oddanie siebie Jezusowi w najdroższej, najmilszej i najdelikatniejszej formie. Oznacza pokorne zachowanie względem Niego, odnoszenie się doń z miłością, otaczanie Go troskliwym uczuciem i wielką czułością, jak robiła to Maryja – jakże wielkie to marzenie dla nas biednych! A przecież nabożeństwo do Bogurodzicy prowadzi nas do przemienienia się w Maryję. Pozwala nam stać się na Jej obraz i podobieństwo (por. Rdz 1,26), ku radości Pana Jezusa. 

Być może teraz lepiej rozumiemy, dlaczego św. Jan Berchmans mawiał: „Nie spocznę, póki nie będę prawdziwie czcił Maryi”; lepiej rozumiemy, dlaczego wszyscy święci z pasją pielęgnowali nabożeństwo do Najświętszej Panny, modląc się o nie, do czego także zachęcał św. Maksymilian. 

„Nigdy nie czytałem o żadnym świętym – mówi św. Bonawentura, – który by nie żywił szczególnego nabożeństwa względem chwalebnej Dziewicy”. Co więcej, w świętych wręcz oczarowuje ów niebiański niepokój, by pobić każdy rekord w miłości do Maryi. 

Na przykład św. Jan Eudes nie chciał pogodzić się z myślą, że ktoś mógłby kochać Maryję bardziej od niego, a św. Teresa od Jezusa, gorąco wyrażała życzenie: „Pragnę być po Jezusie tą osobą, która najbardziej ukocha Maryję”. 

Być dziećmi Maryi 

Pewnego razu zdarzyło mi się usłyszeć krótką rozmowę między pewną dziewczynką a jej proboszczem, kapłanem w podeszłym wieku: 

- Co to jest nabożeństwo do Maryi? – z prostotą zapytała dziewczynka. 

- To jest oddanie się Maryi – odpowiedział prawie bez namysłu kapłan. 

Przepiękne! Pytanie – odpowiedź. Dotknęła mnie szybkość i kompletność tej rozmowy. W prosty sposób powiedziane zostało to, co najważniejsze. 

Chyba nie można było sedna sprawy ująć lepiej w tak niewielu słowach. 

Rzeczywiście, św. Tomasz z Akwinu uczy nas, że prawdziwa pobożność polega na „gotowym i zupełnym ofiarowaniu w darze całego siebie”. „Nabożeństwo” oznacza, zatem „obdarowywanie”, albo lepiej: „obdarowywanie sobą samym”. Oczywiście nie jakiekolwiek obdarowywanie sobą samym, ale oddanie się z miłością, z hojnością, z entuzjazmem. 

Moje nabożeństwo do Maryi musi zatem polegać na „miłosnym obdarowywaniu Maryi mną samym”, to znaczy na czynieniu ze mnie samego daru dla Maryi. A ponieważ z otrzymanym darem można zrobić, co się chce, Maryja może ze mną, darem należącym do Niej, zrobić to, co zechce – ja zaś nie mogę zrobić nic poza tym, co zechce Ona, co się Jej spodoba, co Ona ze mną uczyni. Tym większe jest moje nabożeństwo do Najświętszej Panny, im pełniej Jej się oddaję i im bardziej upodabniam się do Niej, żyjąc całkowicie pod Jej kierownictwem. 

Tak rozumiana pobożność maryjna, w swoim najpełniejszym i najdoskonalszym sensie, zakłada „poświęcenie” siebie Maryi, czyli otwarcie wyrażoną decyzję ofiarowania Maryi całego swego jestestwa – tego, kim się jest i tego, co się posiada (duszy, ciała, zmysłów; dóbr widzialnych i niewidzialnych, teraźniejszych i przyszłych; życia, śmierci, wieczności...). 

W ten sposób, poprzez poświęcenie się, realizowana jest pełnia nabożeństwa do Maryi, a poprzez nie rzeczywiście jest się całkowicie oddanym Maryi. Bez reszty należy się do Niej. Nie stawiając żadnych warunków, chce się żyć, jako Jej dziecko i „niewolnik miłości” (św. Ludwik Grignion de Montfort), jako „własność, narzędzie, rzecz w Jej rękach” (św. Maksymilian M. Kolbe), czy „całopalna ofiara” Jej matczynej i miłosiernej miłości, w nadziei na nastanie Królestwa Bożego we wszystkich duszach. 

W tych rozważaniach piszemy o nabożeństwie do Maryi, od najniższego do najwyższego stopnia doskonałości. Posługujemy się terminem „nabożeństwo”, odnosząc go zarówno do początkowego etapu okazywania pobożności maryjnej, jak również do najbardziej dojrzałego i najdoskonalszego jej wyrazu – poświęcenia się Najświętszej Pannie. Najważniejsze, byśmy wszyscy mogli zacząć uprawiać, bądź uprawiać coraz lepiej ów niebiański ogród nabożeństwa do Maryi – ogród wszystkich świętych. 

Tak jak Jezus 

Najdoskonalszy przykład nabożeństwa do Maryi dał nam sam Bóg. On był pierwszym, który oddał Siebie Maryi i to w sposób tak doskonały, że stał się Jej Synem! W tym sensie Pan Jezus był pierwszym i największym czcicielem Matki Najświętszej. 

- Słuchaj... Wiesz co, nigdy o tym nie pomyślałem!... Ależ to naprawdę tak!... – wykrzyknął pewien człowiek, zdziwiony taką refleksją. 

Tak, to właśnie tak. Bóg dał nam najlepszy, nieskończenie wartościowy i nieskończenie piękny przykład. Jeśli się zastanowimy i zdamy sobie sprawę, że nic ze stworzeń nie może być bardziej bliskiego, jak własne dziecko, zrozumiemy, jakie było oddanie Jezusa względem Maryi – a więc i jakie powinno być nasze. 

Św. Paweł mówi nam, że mamy być „naśladowcami Boga” (Ef 5,1) i stać się „na wzór obrazu Jego Syna” (Rz 8,29). W bliższych nam czasach, św. Maksymilian M. Kolbe, ów szaleniec zakochany w Niepokalanej, głosił: „całą naszą świętością jest naśladowanie Jezusa”. 

Jeżeli więc Bóg uczynił z Siebie dar dla Maryi do tego stopnia, że stał się Jej Synem, to również my musimy w tym samym stopniu ofiarować się Najświętszej Pannie, stając się Jej dziećmi. Dziećmi Maryi, jak Jezus, nasz Boski wzór. My – dziećmi przez łaskę. Jezus – dzieckiem przez naturę. 

W jednym z wierszy św. Tereska opisuje uczucie szczęścia, jakiego zaznała myśląc o słodkiej rzeczywistości, że: „Jezus i Teresa są dziećmi tej samej Matki...” Oto nasze szczęśliwe położenie, nasz radosny obowiązek – naśladowanie Pana Jezusa w byciu dzieckiem Maryi. 

Takie naśladowanie jest koniecznością, ponieważ bez niego nasze podobieństwo do Jezusa byłoby pozbawione „podstawowego elementu” (Pius XII). Nie można być podobnym do Jezusa, jeżeli nie kocha się Jego Matki albo okazuje się chłód i obojętność względem Niej. 

Chociażby ta refleksja pozwala zrozumieć, że nabożeństwo do Maryi jest z całą pewnością potrzebne do naszego uświęcenia, czyli do pełnego upodobnienia się do Jezusa. 

Maryja jest dla nas drogą Zbawiciela („Jezus Chrystus przyszedł na świat przez Najświętszą Maryję Pannę i także przez Nią ma panować na świecie.” -św. Ludwik Maria Grignion de Montfort), a więc drogą zbawienia i musimy być przekonani, że jest Ona konieczna także dla naszego zbawienia wiecznego. Tak nauczali wielcy święci i doktorzy Kościoła, od św. Efrema i św. Cyryla Aleksandryjskiego, przez św. Jana Damasceńskiego, św. Bernarda i wielu innych, aż do św. Alfonsa Liguori i św. Maksymiliana M. Kolbe. Powszechna nauka Kościoła katolickiego uważa kult maryjny za moralnie potrzebny chrześcijaninowi. Jak matka dla dzieci jest źródłem życia, tak upodobnienie do Jezusa, Syna Bożego i Syna Maryi nie może się dokonać bez naszego czułego i oddanego dziecięctwa względem Matki całego Ciała Mistycznego. Im bardziej jesteśmy dziećmi Maryi, tym bardziej stajemy się braćmi i siostrami Jezusa. 

 

Miłość synowska 

Być dziećmi Maryi. Zachowywać się jak dzieci Maryi. Żyć jak Jej dzieci i kochać Ją jak dzieci. Nie sposób uczynić piękniejszy, głębszy i bardziej przepojony miłością dar z siebie dla Maryi. Prawdziwe nabożeństwo do Maryi, w odróżnieniu od nabożeństwa do jakiegokolwiek świętego, to wyraz szacunku prawdziwych dzieci wobec swojej Mamy Niebieskiej – to miłość synowska. Można powiedzieć, że cała pobożność maryjna świętych najbardziej wyraża się w niezwykle intensywnej miłości synowskiej do „drogiej Mamusi” (św. Maksymilian M. Kolbe), „dobrej Mamy” (św. Małgorzata M. Alacoque), „Mamy drogiej” (św. Weronika Giuliani), „pięknej Mamy” (św. Maria Bertilla Boscardin), „drogiej Matki” (św. Alfons Liguori), „mojej Mamy” (św. Paweł od Krzyża, św. Gemma Galgani i wielu innych). 

Któż mógłby wypowiedzieć wszystkie najczulsze przejawy miłości synowskiej świętych względem Matki Niebieskiej? Samo imię Maryja powodowało „drżenie serca” św. Tereski, unosiło w ekstazie św. Józefa z Kupertynu, wywoływało łzy czułości u św. Ojca Pio z Pietrelciny. Iloma serdecznymi pocałunkami obsypywali obrazki Maryi tacy święci, jak św. Wincenty Pallotti, św. Bernadetta, św. Gabriel od Matki Bożej Bolesnej? Bł. Stefan Bellesini dosłownie zniszczył wiele obrazków Najświętszej Panny swoimi gorącymi pocałunkami! Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort oraz św. Józef Benedykt Cottolengo chcieli być pochowani pod ołtarzem Matki Bożej. Św. Proboszcz z Ars powiedział nawet: „Jeśli mógłbym się sprzedać, sprzedałbym się chętnie, żeby dać coś Maryi”. Św. Maksymilian M. Kolbe doświadczał w sobie tak gwałtownej miłości, że określał się „szaleńcem Niepokalanej”. 

Chyba wszyscy święci zgodziliby się z wielkim okrzykiem św. Bonawentury: „Powiedzieć Ci, że jesteś mi Matką, to mało. O Maryjo – Ty jesteś całą mą miłością!”. Wspomnijmy także św. Alfonsa M. de Liguori z jego pełnymi czułości Nawiedzeniami Najświętszej Maryi Panny, które podsycały miłość pokoleń czcicieli tej najsłodszej Matki, zawierając najpiękniejszy kwiat nabożeństwa wielu świętych do Niej. Czytając owe Nawiedzenia powinniśmy ze wzruszeniem zadumać się nad twardością naszych serc. 

To właśnie synowska miłość jest pierwszą rzeczą, o jaką powinniśmy prosić Maryję. Prosić natarczywie, z pokornym i serdecznym uporem. Powinniśmy naśladować w tym św. Feliksa z Cantalice, który tak niepokoił się o bycie dobrym synem Maryi, że przez czterdzieści lat, przechodząc obok Jej kapliczki, zawsze modlił się tymi słowami: „Czcigodna Matko Boża, pragnę Cię kochać jak dobre dziecko...” 

Miłość przeciw grzechowi 

Oczywistym jest, że nie można kochać jakiejś osoby, jednocześnie obrażając ją. Tym bardziej, jeśli tą osobą jest Matka Niebieska! 

Maryja może zwracać się do swych dzieci słowami Jezusa: „Trwajcie w miłości mojej! (...) Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję” (J 15,9.14). Co nam przykazuje Maryja? Na weselu w Kanie powiedziała sługom: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). Być wiernym Panu Jezusowi, we wszystkim wypełniać Jego wolę – oto prosi nas Maryja. Grzech jest dokładnym tego przeciwieństwem, wyraża bunt podsycany egoizmem i pychą. Jezus powiedział zaś: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie” (Mt 12,30). Gdy grzeszymy, stajemy się nieprzyjaciółmi Jezusa. Jak można kochać Maryję, jeśli jest się przeciwnikiem Jezusa? To absurdalne. 

Św. Pius X ostrzega nas: „Każdy musi zdawać sobie sprawę, że jeśli cześć, jaką oddaje Błogosławionej Dziewicy, nie powstrzymuje go od grzeszenia lub nie skłania do postanowienia poprawy własnych obyczajów, jest to cześć sztuczna i fałszywa, gdyż pozbawiona swego naturalnego owocu”. 

„Kto jest prawdziwym czcicielem Maryi?” – pytał św. Leonard z Porto Maurizio, po czym odpowiadał: „Ten, kto jest nieprzyjacielem grzechu”. 

Oto jak św. Józef Cafasso, w pięknej nauce skierowanej do ludu, wyjaśniał tę kwestię: „Bardziej, niż cokolwiek innego, polecam wam, byście nie budzili wstrętu u Maryi. A tylko jedna jest rzecz, która budzi Jej wstręt: grzech. Dobry syn, dobra córka, jeżeli wie, że coś sprawia mamie przykrość, nie robi tego, a raczej mówi: „Wiem, że moja mama nie patrzy na to przychylnym okiem, że ją to obraża i sprawia jej przykrość; wiem, że napawa ją to obrzydzeniem – nie chcę więc tego robić, nie chcę usłyszeć, że zrobiłem jej przykrość...”. Tak też chciałbym, drodzy moi, abyśmy czynili i my, ilekroć znajdziemy się w niebezpieczeństwie popełnienia grzechu, zrobienia czegoś, co jest niedobre. Mówmy do siebie: „Przecież wiem, że to sprawia przykrość Maryi. Wiem, że Matka Najświętsza nie patrzy na to przychylnie. Wiem, że budzi to w Niej wstręt, że Ją to obraża. Nie chcę więc tego zrobić – i nie zrobię za żadne skarby świata. Nie, Maryjo. Nie chcę Cię w ten sposób skrzywdzić, nie chcę sprawiać Ci przykrości”. 

Bronić Matki 

Wyjątkowy rozdział w księdze miłości synowskiej do Maryi stanowią walki dzieci w obronie Matki przed atakami heretyków, ludzi nieczułych, albo tych, którzy chcą ograniczać oddawanie miłości i chwały Najświętszej Pannie. 

Św. Cyryl zwycięsko bronił Boskiego Macierzyństwa Maryi. Św. Hieronim mężnie atakował błędne opinie o wieczystym dziewictwie Maryi. 

Św. Jan Damasceński stanowczo bronił kultu obrazów Matki Najświętszej, co przypłacił utratą ręki. Św. Bernard sprawił, że słabnący prawie wszędzie kult maryjny rozkwitł na nowo. Św. Antoni bronił i wyjaśniał prawdę o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Bł. Jan Duns Szkot wytłumaczył w jasny sposób przywilej Niepokalanego Poczęcia. Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort żarliwie głosił doskonałość pobożności maryjnej swym Traktatem o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny. Św. Alfons Liguori bił się na wszystkich frontach swym Wysławianiem Maryi, domagając się dla Bożej Matki diademów należnych Niepokalanie Poczętej, powszechnej Pośredniczce, Wniebowziętej i Królowej. Wzruszenie ogarnia, kiedy dowiadujemy się, że św. Alfons, pisząc przeciwko nieprzyjaciołom Maryi, płakał rzewnymi łzami. Bronił Mamy! 

W bliższych nam czasach, wobec coraz wścieklejszych niszczycielskich ataków na nabożeństwo do Maryi, św. Maksymilian M. Kolbe nieugięcie przedstawiał wartość poświęcenia się Jej, w sposób jeszcze bardziej radykalny i całkowity. Bronił ponadto sprawy powszechnego Pośrednictwa Maryi, pragnąc gorąco uroczystego potwierdzenia jej dogmatem. 

Św. Ojciec Pio z Pietrelciny, na przekór atakom na Różaniec, bronił nieprzemijającej wartości tej modlitwy, dając wspaniały przykład nieustannym jej odmawianiem. 

W szkole świętych 

My również, jak wszyscy święci, musimy starać się zachowywać w sercu dwie maksymy św. Bonawentury: „Trzeba pilnie strzec się przed najdrobniejszym umniejszeniem czci należnej Maryi... Trzeba być gotowym bronić przywilejów Najświętszej Maryi, nawet z narażeniem życia”. Wielu było świętych, którzy złożyli „przysięgę krwi”, broniąc Niepokalanego Poczęcia Maryi. Miłość prawdziwych dzieci, widoczna w zaangażowaniu w obronę Matki Niebieskiej, przekracza śmierć, ponieważ „miłość nigdy nie ustaje” (1Kor 13,8). 

Jeśli to prawda, że „Maryja jest warta więcej niż cała teologia i filozofia”, jak mówił św. O. Pio z Pietrelciny, chciejmy żywić miłość do Maryi, chciejmy strzec nabożeństwa do Niej, tak jak ewangelicznej „drogocennej perły” (Mt 13,46). Nabożeństwo to upodabnia nas do Jezusa w oddawaniu chwały Niebieskiej Mamie tak, w czasie obecnym, jak i w wieczności Raju. 

Być Jezusem dla Maryi 

Jeśli mamy kochać Matkę Bożą jak dzieci, najświętszy wzór znajdziemy w Jezusie: Synu Maryi, a naszym Boskim Bracie. Najwięksi czciciele Najświętszej Panny to ci, którzy najbardziej przypominają Pana Jezusa, należąc do Maryi tak jak On i kochając Ją, za Jego przykładem, jak dzieci. Stają się Jezusem dla Maryi. W tym sensie największy stopień nabożeństwa do Maryi osiąga ten tylko, kto doświadczył przemienienia i utożsamienia się z Jezusem, kto naprawdę może powtórzyć za św. Pawłem: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). 

Nie może być inaczej. Rosnąć w życiu duchowym – znaczy sprawiać, by umarł w nas dawny człowiek (nasze „ja”), aby żył w nas Jezus (nowy człowiek), przyswajając sobie Jego własne odczucia i Jego własne sposoby miłowania w myślach, słowach, uczuciach, pragnieniach i czynach (por. Ef 4,22 i Kol 3,9). 

Taką samą miłość, jak miłość Jezusa względem Matki Bożej, ma więc ten, kto utożsamia się z Jezusem. Kiedy wewnętrznie stanowi się jedno z Jezusem, osiąga się tę jedność z Nim także w miłości do Maryi – jakkolwiek nikt, nawet całe stworzenie razem wzięte, nigdy nie będzie w stanie doścignąć nieskończonego ogromu miłości Jezusa do Jego Rodzicielki. Będziemy się nim cieszyć na wieki w Raju. 

Nigdy dość 

Skoro wzorem miłości względem Najświętszej Panny jest dla nas Pan Jezus, bardzo niestosowny bywa niepokój pewnych ludzi, obawiających się ryzyka pokochania Jej... za mocno. Takie ryzyko po prostu nie istnieje. Choćbyśmy pragnęli dać się ponieść aż do szaleństwa miłości do Maryi, to cała nasza przesada i całe nasze miłosne szaleństwo byłyby czymś naprawdę mizernym w obliczu Boskiej miłości Jezusa do Swojej Matki. Należałoby raczej żałować niemożności osiągnięcia Jezusowej miary miłości do Najświętszej Mamy. 

Miał rację św. Maksymilian, pisząc: „Nie bójcie się, że będziecie kochać Maryję za bardzo, bo i tak nigdy nie dojdziecie do takiej miłości, jaką ukochał Ją Jezus”. Dużo wcześniej już św. Bernard mawiał, że nigdy nie zdołamy „dostatecznie” wychwalać i miłować Matki Bożej. Również św. Bonawentura twierdził, że „nikt nigdy nie może czcić Błogosławionej Dziewicy nadmiernie”. 

Posłuchajmy na koniec św. Alfonsa, przekonującego z charakterystycznym dla siebie wdziękiem: „Kiedy jakaś opinia jest takiej natury, że na swój sposób wnosi wkład w oddawanie chwały Najświętszej Pannie, a zawiera ona poglądy dopuszczalne; niesprzeciwiające się wierze, dekretom Kościoła Świętego ani prawdzie, to odrzucanie jej z pewnością świadczy o bardzo małej czci wobec Matki Bożej. Gorzej jeszcze byłoby natomiast zwalczać taką opinię pod pozorem, że być może prawdziwe jest stanowisko przeciwne jej. Co do mnie, nie chciałbym być podobnie skąpy jak również nie chciałbym, żeby tacy byli moi czytelnicy. Bądźmy raczej wśród tych, którzy wierzą w pełni i mocno we wszystko, co można – nie popadając w błąd – uznać ku większej chwale Maryi. Ta pełna i prosta wiara we wszystkie wspaniałości Matki Bożej jest jednym z najpiękniejszych hołdów, jakie możemy Jej złożyć”. 

Przyjmijmy jako własną, gorliwość świętych, ich wysiłek maksymalnego kochania, ich starania przekraczające wszelką miarę, zgodnie z zawołaniem sługi Bożego Ojca Anzelma Trèvesa: „Chciałbym mieć miliardy żyć, by spędzić je u stóp Maryi; miliardy serc, by kochać Ją potężnie”. 

Kochać bez miary 

Nie chciejmy należeć do tych, którym się wydaje, że kochają Maryję, zapominając, że jest Ona Matką Jezusa, że jest Królową Aniołów i Nieba, jak głosi Liturgia Kościoła. Nie chciejmy być tymi fałszywymi chrześcijanami, którzy myśląc, że czczą Maryję, sprowadzają Ją do roli ubogiej kobieciny z wadami, słabej i wątpiącej, jak my. Czy może to być piękny sposób uczczenia własnej Matki, kiedy odziera się Ją z korony wzniosłych przywilejów, danej Jej przez Boga?! Tylko fałszywe dzieci i fałszywi czciciele mogą z upodobaniem patrzeć na traktowanie ich Matki Niebieskiej jak zwyczajnej, prostej kobiety. Jakże zasmuca taka postawa! 

Chciejmy być jak św. Maksymilian Maria Kolbe, któremu pewnego razu grupa braci złożyła życzenia, by kochał i wychwalał Niepokalaną coraz mocniej i który zrewanżował się braciom życząc im, by mogli oni tysiąckrotnie pokonać go w miłości do Maryi, a potem, aby on pokonał ich milion razy, a potem znowu – by oni pokonali jego miliard razy, i tak dalej, nigdy nie zatrzymując się w szlachetnym współzawodnictwie, aż do osiągnięcia, na ile to możliwe, miary miłości Jezusa! 

Któż jednak uczyni nas „Jezusem dla Maryi”? Tylko Ona sama – ponieważ tylko Ona jest „formą” Jezusa i jedynie ten, kto pozwoli się Jej uformować, stanie się „na wzór obrazu” Jezusa (Rz 8,29). Tylko w Maryi zatem staniemy się Jej dziećmi – tak, jak Jezus. 

W małych rzeczach 

Jeżeli jesteśmy duchowymi biedakami o małej pobożności, starajmy się być Jezusem dla Maryi przynajmniej w drobnych rzeczach, przy wielu skromnych i prostych okazjach. Uczyńmy wysiłek, by być Jezusem dla Maryi, na przykład, odmawiając ranną i wieczorną modlitwę, pozdrawiając zawsze Matkę Bożą na początku i na końcu każdego dnia. Starajmy się być Jezusem dla Maryi, unikając jakiegokolwiek braku szacunku dla Najświętszej Panny w słowach czy uczynkach, dbając raczej o jakieś gesty czci i serdecznego uczucia przez akty strzeliste do Niej kierowane. 

Św. Stanisław Kostka tak intensywnie żył miłością do Maryi, że zawsze przywoływał Ją przed jakąkolwiek czynnością. Kiedy zaś mógł, obracał się, żeby spojrzeć w stronę kościoła albo innego miejsca, gdzie czczono obraz Maryi. Wszystko po to, żeby czuć Ją bliżej siebie. 

Św. Maksymilian poleca nam: „Pośród małych cierpień módlcie się, aktami strzelistymi przywołując Maryję ... i ofiarowujcie wszystko w najmilszych Niepokalanej intencjach, jako narzędzia w rękach artysty...”. 

Pewnego razu dwaj współbracia zapytali św. O. Pio z Pietrelciny, czy Maryja była obecna w jego celi podczas biczowań, których często doznawał, na co wskazywała przemoczona krwią koszula. – „Spytajcie mnie raczej – odpowiedział Ojciec Pio – czy Maryja kiedykolwiek opuściła tę celę!”. Św. Pio był naprawdę drugim Jezusem dla Maryi, a stawał się Nim jeszcze bardziej przy każdym biczowaniu, które czyniło go tak bardzo podobnym do biczowanego Jezusa. 

O bł. Edwardzie Poppe wiemy, że szukał najmniejszych nawet okazji, by zachować się jak Jezus wobec Swej Matki. Każdego ranka, na przykład, tuż po przebudzeniu klękał u stóp Maryi, aby otrzymać błogosławieństwo. Przepuszczał Maryję w drzwiach, wchodząc i wychodząc z pomieszczenia. Podsuwał Jej wodę święconą. Zostawiał Jej miejsce, żeby przy nim usiadła. Doszedł nawet do tego, że będąc w podróży kupował dla Matki Bożej dodatkowy bilet! Małe rzeczy, mogące wydawać się dziecinadą – ale jakąż głębię miłości ukazują! 

Ach, gdybyśmy mogli przynajmniej wyobrazić sobie, jak bardzo Jezus był zjednoczony z Maryją, jak wielką miłością Ją otaczał, z jaką czułością pozostawał blisko Niej, z jaką uwagą Jej słuchał, z jaką starannością był Jej posłuszny, jak serdecznie oddawał Jej cześć! 

O św. Maksymilianie można było powiedzieć, że „oddychał Maryją – zawsze miał Jej imię na ustach: podczas pracy, na spacerze, w rozmowach. Kiedy wymawiał imię Maryja, wydawało się, jakby brał głębszy oddech”. Jeśli taki był św. Maksymilian to, jaki musiał być Jezus!?... 

Do Jezusa i my mamy się upodabniać. Nie potrzeba wielkich rzeczy, by wyrazić naszą pobożność maryjną, ponieważ największą i najgłębszą rzeczą jest właśnie sprawianie radości słodkiej Mamie we wszystkich codziennych drobiazgach. Musi to być wytrwałe tkanie przeżywanej pobożności: nitka za nitką, to znaczy uczynek za uczynkiem – spełniany z miłością i z miłości do Maryi. Prośmy Jezusa o Jego synowską miłość, bo kiedy ją pozyskamy, dzień po dniu będziemy się stawać podobni do Niego, stając się naprawdę coraz bardziej Jezusem dla Maryi – aż do spełnienia słów, jakie Jezus skierował do Matki: „Oto syn Twój” (J 19,27). 

W Jezusie Eucharystycznym 

Przepięknym aktem, który pozwala nam być Jezusem dla Maryi w zupełnie wyjątkowy sposób, jest Komunia Święta. W tych chwilach Jezus jest fizycznie obecny i zjednoczony z tym, kto Go przyjął. Jeśli człowiek odda się całkowicie Jezusowi, tak jak On oddaje się bez reszty człowiekowi, wówczas Jezus i ta osoba nie są już dwoje, lecz stanowią jedno. My zaś – mówił św. Hilary – nie możemy uradować Maryi bardziej, jak pokazując, że Jezus Eucharystyczny jest w nas obecny. Zastanówmy się. Każdego dnia moglibyśmy sprawić Maryi tę niewypowiedzianą radość. Każdego dnia moglibyśmy być Jezusem dla Maryi w najbardziej wzniosłej formie na ziemi przez tych dziesięć, piętnaście minut zaraz po Komunii Świętej, czyli przez czas obecności Hostii Świętej w naszym ciele. 

Byłoby pięknie, właśnie w tych momentach, odnawiać swoje poświęcenie się Maryi, aby wraz z Nią i z Aniołami śpiewać hymn Magnificat, jak czynił to bł. Guntard Ferrini. 

Co natomiast można powiedzieć o Komuniach duchowych? Mogłyby one zachowywać nas w zjednoczeniu z Jezusem Eucharystycznym, dając nam nieustannie Jego drżące z miłości Serce, abyśmy ukochali Nim Najświętszą Pannę. Dlatego św. Maksymilian Maria Kolbe wśród swoich postanowień miał również Komunię duchową co piętnaście minut. Oto postawa wielkich zakochanych w Maryi! 

Także podczas nawiedzeń Najświętszego Sakramentu pamiętajmy, że na ziemi nie ma miejsca, gdzie Maryja byłaby bardziej obecna, niż przy Tabernakulum. Św. Maria Wiktoria Teresa Couderc pozostawiła swoim zakonnicom, jako wyjątkowy środek na drodze do doskonałości, kontemplację Maryi w Wieczerniku. Św. Piotr Julian Eymard, niezrównany apostoł Eucharystii, mawiał, że „aby stać się dobrym sługą Eucharystii, trzeba być posłusznym i oddanym dzieckiem Maryi”. On też nazwał Najświętszą Pannę „Naszą Panią od Najświętszego Sakramentu”. Św. Pio z Pietrelciny mówił do wiernych: „Czyż i wy nie widzicie Matki Bożej tuż przy ołtarzu”? Innym zaś razem jedna z jego córek duchowych zapytała, czy Maryja była obecna na jego Mszy świętej, Ojciec Pio odpowiedział zdecydowanie: „A co, myślisz, że Mama nie interesuje się Synem”? Dlatego też św. Alfons zawsze łączył „Nawiedzenia Najświętszego Sakramentu” z „Nawiedzeniami Maryi”. Natomiast św. Maksymilian chciał, ażeby każdy ołtarz Najświętszego Sakramentu wieńczyła figura Niepokalanej, ponieważ Jezus i Maryja stanowią naprawdę owo jedno, o jakim marzymy, by stanowić je wraz z Nimi. Gdzie jest Syn, tam jest i Matka. Gdzie jest Matka, tam jest i Syn. 

Święty Jan Bosko pod koniec życia, tuż przed Bożym Narodzeniem, znajdując się pośród swej młodzieży, usłyszał pytanie: „Jakie noworoczne podarunki zostawiasz dla młodych, Ojcze?”. Święty odpowiedział: „Nabożeństwo do Maryi i częstą Komunię Świętą”. 

Niech to będą najcenniejsze dary, których nigdy nie zechcemy stracić lub zmarnować. 

Ave Maria!

W perspektywie Niedzieli Miłosierdzia Bożego chcemy wsłuchać się w głos Boga, który przemawia do świata przez Maryję. W Fatimie Matka Najświętsza objawiła się, aby przypomnieć nam prawdę, której człowiek współczesny tak bardzo nie chce słyszeć: że odejście od Boga (grzech!) prowadzi do kryzysu, wojen, cierpienia, ogólnoświatowej i duchowej katastrofy.

Wiemy, że ratunek dla świata i ratunek dla dusz znajdziemy w Nabożeństwie do Niepokalanego Serca Maryi, a nabożeństwo to coś więcej niż odmawianie modlitw do Matki Bożej – to STYL życia maryjnego, z codzienną modlitwą różańcową i regularnym życiem sakramentalnym. Taki sposób życia prowadzi do nawrócenia, owocuje w ducha wynagradzania i zadośćuczynienia za grzechy swoje i innych; ratuje dusze przed potępieniem a świat od katastrofy.

Oto istota orędzia Fatimy: A to przecież nic innego jak samo serce Bożego Miłosierdzia. Dlatego spokojnie możemy mówić, że Fatima i Boże Miłosierdzie – to dwa objawienia ale jedno przesłanie.

W Fatimie Bóg przemówił do świata przez Maryję, – w Polsce przez św. Faustynę. Fatima wzywa do pokuty. Boże Miłosierdzie wzywa do ufności. A oba orędzia wołają: Bóg chce ratować człowieka.

Maryja od wieków nazywana jest Matką Miłosierdzia. Św. Maksymilian Kolbe pisał, że Bóg dał nam Maryję, „by nas nie karać”. To Ona powstrzymuje sprawiedliwość, aby grzesznik miał czas na nawrócenie.

W trzeciej tajemnicy fatimskiej Anioł z ognistym mieczem, który zdaje się podpalać świat, ale płomienie gasną, w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani, (w którym trzymała swe Niepokalane Serce). To obraz duchowej rzeczywistości: gdyby nie Maryja, świat już dawno zostałby pochłonięty przez zło.

Św. Faustyna miała podobną wizję. W „Dzienniczku” zapisała: „Ujrzałam Matkę Bożą, z obnażoną piersią i zatkniętym mieczem, rzewnymi łzami płaczącą, i zasłaniała nas przed straszną karą Bożą. Bóg chce nas dotknąć karą, ale nie może, bo nas zasłania Matka Boża.”

To niezwykle mocne słowa. Widzimy w nich Maryję, która stoi między grzesznym światem a sprawiedliwością Boga. Ona płacze, bo widzi, jak bardzo człowiek rani Boga i siebie samego. A jednocześnie nie przestaje nas bronić, bo jest Matką Miłosierdzia: ucieczką grzeszników, pocieszycielką strapionych, wspomożeniem wiernych, uzdrowieniem chorych.

W objawieniach św. Faustyny pojawia się także wątek Polski. Jezus mówi: „Polskę szczególnie umiłowałem… z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje.”

To zdanie jest jednym z najbardziej znanych fragmentów „Dzienniczka”. Wskazuje, że nasz naród ma szczególną misję — misję duchową, misję obrony wiary, misję niesienia światu światła. Ona przecież jest Królową Polski! 

Największym zagrożeniem dziś jest „ukryty i pełzający ateizm” czyli mentalność życia jakby Boga nie było. Sukcesywnie chce się wyrzucić Boga ze wszystkich przestrzeni: społecznych, rodzinnych, narodowych.. a nawet… tych kościelnych. Koncentrujemy się na ekologii, ubogich, problemach klimatycznych … zapominając o Bogu i Jego dziełach.

Kard. Ratzinger, komentując trzecią tajemnicę fatimską, mówił, że niszczącej sile zła może się przeciwstawić tylko Matka Boża z ludźmi, którzy przyjmują jej wezwanie do pokuty i nawrócenia. Podkreślał, że przyszłość nie jest przesądzona. Wolność człowieka, modlitwa i pokuta mogą zmienić bieg historii….

Maryja wzywa nas do modlitwy różańcowej, pokuty i walki z grzechem. To nie są pobożne dodatki — to duchowa broń, która powstrzymuje zło. Różaniec jest modlitwą, która zmienia historię. Jest modlitwą, która ratuje dusze. Jest modlitwą, która powstrzymuje wojny. To wezwanie jest dziś bardziej aktualne niż kiedykolwiek.

Dzieci z Fatimy to zrozumiały,. To samo przesłanie odnajdujemy u św. Faustyny — w koronce do Bożego Miłosierdzia, w jej modlitwach za grzeszników, w jej wizji piekła. Aby wyprosić Miłosierdzie dla świata…

Zarówno Św. Faustyna jak i dzieci fatimskie widziały piekło. Opisy są wstrząsające. Faustyna pisała: „Utrata Boga, ustawiczny wyrzut sumienia, ogień przenikający duszę… straszna rozpacz, nienawiść Boga, bluźnierstwa…”

Maryja pokazała piekło nie po to, by straszyć, ale by ratować. Powiedziała: „Widzieliście piekło, dokąd idą dusze biednych grzeszników… aby je ocalić, Bóg chce ustanowić nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca.” To jest klucz: Bóg nie chce potępienia grzesznika — Bóg chce jego zbawienia.

Oto Miłosierdzie. Na Krzyżu Chrystus wziął na siebie wszystkie nasze grzechy. Pozwolił abyśmy uderzyli w Niego naszym grzechem, naszą złością, złością całego świata i podłością. I kiedy Chrystus został zabity wypłynęła z Niego Krew i Woda = Miłosierdzie!, tak obfite, cudowne, że jest w stanie zaspokoić największe pragnienia twoje i moje, ale jest także w stanie sprawić, że będziemy mogli kochać, kochając wyjść poza samych siebie, zareagować szlachetnością,.. tak jak ON. Bóg bowiem kocha miłością jedyną i niepowtarzalną każde swoje stworzenie, także biednych grzeszników.

Maryja przypomina nam, że Bóg często daje nam swoje miłosierdzie w większej mierze niż potrzebujemy. Bóg gdy zsyła na nas różnego rodzaju próby tego życia, to okazuje nam jednocześnie i miłosierdzie i sprawiedliwość. Bo PRÓBY są lekarstwem które nas uzdrawia, prowadzi do dobra i uzdalnia do bycia jak Bóg – Miłosiernymi!

Maryja uczy nas, że miłosierdzie nie jest tożsame ze sprawiedliwością, ale też nie jest z nią sprzeczne – wręcz przeciwnie miłosierdzie jednoczy się ze sprawiedliwością i ją przekracza przede wszystkim w przebaczaniu, ponieważ przebaczyć znaczy wyjść ponad to, czego w wybaczaniu zniewag domaga się sprawiedliwość. 

My modląc się za grzeszników czy za tych którzy nas krzywdzą nie walczymy z ludźmi, ale walczymy o ludzi. Człowiek, który zadaje nam l – jest niekiedy marionetką złego ducha. Tylko przebaczenie, tylko miłosierdzie może go przemienić. Może dla takiego człowieka, który cię krzywdzi, jedyną Ewangelią, którą przeczyta w życiu, będziesz ty i Twoje świadectwo chrześcijańskiej miłości i życia!

Przebaczenie jest o tyle rzeczą wielką i ważną, że przebaczając doznane krzywdy naśladujemy w tym samego Boga. Nigdy nie jesteśmy tak podobni do Boga jak wtedy kiedy przebaczamy!

Maryja jest Matką Miłosierdzia. Jest blisko. Towarzyszy. Chroni. Prowadzi. Dlatego - naszym zadaniem jest dobrze pokazać światu Maryję by ten zapragnął Jej Syna, który JEST Światłością tego Świata!. Takiej pomocy i współpracy od nas oczekuje nasza Matka Miłosierdzia i Królowa Polski, Ta która przez samego Boga jest dana naszemu Narodowi jako pomoc i ratunek.

Chciejmy z Nią współpracować!

Szkoła Maryi Młodych

Zapraszamy dziewczęta na wyjątkową drogę wzrastania w obecności Maryi — Szkołę Maryi Młodych.

To przestrzeń, w której młode serca mogą formować się duchowo, moralnie i w człowieczeństwie, patrząc na Niepokalaną jako na wzór pięknego, dojrzałego życia. Spotkania pomagają odkrywać, jak żyć w bliskości Boga i jak pozwolić, by Jego łaska naprawdę przemieniała codzienność.

Dobrze ukształtowana natura ludzka jest jak żyzna gleba, która potrafi przyjąć obfite dary Bożej łaski — tej łaski, którą Pan Bóg nieustannie wylewa na każdego z nas. Razem chcemy uczyć się, jak — na wzór Maryi — współpracować z łaską, przynosić dobre owoce i budować wokół siebie cywilizację miłości.

Dołącz do nas, jeśli pragniesz wzrastać, dojrzewać i odkrywać piękno kobiecego serca prowadzonego przez Maryję.

Najbliższe spotkanie:

18.04 (sobota)  godzina 15.00.

Siostry Franciszkanki Niepokalanej, ul. Sowińskiego 19; Otwock-Świder.

Krzyż Chrystusa to krzyż Franciszka 

 

Ave Maria!

 

     Murillo (Bartłomiej Esteban, 1617-1682), malarz hiszpański, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli baroku, w swym obrazie pt. “Uścisk” przedstawia św. Franciszka pod krzyżem Chrystusowym. Jasne, pogodne niebo. Pośród zieleni krzewów widnieje miasto. Na szczycie góry osłonięta białą skałą. Przy skale Chrystus wiszący na krzyżu, w cierniowej koronie, z łagodnym, pełnym zadumy obliczem. Prawą rękę oderwał od poprzecznej belki krzyża i przygarnia do swego przebitego boku św. Franciszka, który oburącz obejmuje Go - Ukrzyżowanego Zbawcę świata. Uderzające podobieństwo twarzy Chrystusa i Franciszka. Podobieństwo ran na ciele Obu, którzy przynieśli światu: Pokój i Dobro

 

     Chrystusowy krzyż, mocno wetknięty w ziemię, wyraża myśl Jezusa: „A ja, gdy nad ziemię podwyższony będę (na drzewie krzyża), wszystko do siebie pociągnę” (J 12,33). 

     Św. Franciszek lewą nogą dotyka krzyża, a prawą wspiera na symbolu ziemi, kuli ziemskiej, na znak, że jest człowiekiem, obywatelem ziemi i to, co na niej dokonuje się w czasie, w historii, nie jest mu obce ani obojętne, tak jak nie jest obce ani obojętne Chrystusowi, który po to stał się naszym Zbawicielem, abyśmy pojednani przez Jego Krew, mękę i śmierć krzyżową, żyli z Bogiem w łasce i w prawdzie, w nadziei zbawienia wiecznego.

     Murillo po mistrzowsku w kształtach, barwach, światłach i cieniach postawił św. Franciszka pod Chrystusowym krzyżem i zaznacza, że krzyż dla św. Franciszka był księgą, z której czytał ustawicznie o swoim i całego świata zbawieniu. Dlatego artysta przedstawił aniołów, którzy przed św. Franciszkiem obok krzyża trzymają otwartą księgę. Obraz ten zrósł się nierozerwalnie z wyobraźnią Bożego Ludu. Lud Boży zawsze łączy św. Franciszka z krzyżem.

 

„Najwyższy, chwalebny Boże, rozjaśnij ciemności mego serca. Daj mi, Panie, prawdziwą wiarę, niezachwianą nadzieję i doskonałą miłość, jak również zdolność jasnego odczuwania i poznawania, abym mógł wypełnić Twą świętą i nieomylną wolę”.

    Według świadectwa starych źródeł powyższą modlitwę odmawiał Franciszek w chwili, gdy usłyszał polecenie skierowane do niego z krzyża: „Franciszku, idź i odbuduj mój dom”. Wezwanie z krzyża odniósł Franciszek najpierw do odnowy kościoła św. Damiana, potem zrozumiał, że chodzi tu o naprawę społeczeństwa chrześcijańskiego, zrzeszonego w Kościele św. pod przewodnictwem papieża i biskupa.

     Do czasów św. Franciszka (XIII w.) sztuka sakralna przedstawiała Chrystusa na krzyżu jako nieśmiertelnego Króla wieków, potężnego władcę, który zwycięsko i dumnie patrzy z krzyża na świat. Tego rodzaju krzyże wskazują nam na Chrystusa triumfującego. Św. Franciszek zwrócił uwagę na cierpiące człowieczeństwo Chrystusa, na to, że każdy swoje cierpienie odnajdzie w cierpieniu Jezusa na krzyżu.

 

     Św. Franciszek odkrył dla ludzi drogocenną perłę krzyża. Nauczył ich zrozumienia krzyża: krzyż - to pierwszy ołtarz, na którym Bóg-Człowiek w męce, cierpieniu, krwi i śmierci ofiarował Bogu Ojcu Siebie samego. Krzyż, to konfesjonał, w którym Łotr został oczyszczony z grzechów. Krzyż, to wspaniała kazalnica, z której popłynęły słowa Zbawiciela o przebaczeniu win. Krzyż, to miejsce narodzin Kościoła. Chrystus zrodził Kościół w bólu, cierpieniu i własnej krwi, jak każda matka rodzi umiłowane dziecko. Z krzyża widnieje rana otwartego Bogu Chrystusa, ukazująca jedyne w swoim rodzaju w dziejach ludzkości Serce - starte dla grzechów naszych i wciąż gorejące ogniem miłości.

     Św. Franciszek miłośnik krzyża i Ukrzyżowanego, rozmiłowany w nauce św. Pawła, swoją postawą życiową przypominał ludziom średniowiecza i nam przypomina: „Albowiem świadkiem jest Bóg, jak pragnę, abyście wszyscy byli w Sercu Jezusa Chrystusa...”.

 

Na podstawie: Św. Franciszek a Krzyż, o. A. Szymański OFM, w: Franciszkową drogą

Czytaj więcej o obrazie:   św. Franciszek a Krzyż


 

 

Aby przedstawić istotę Ślubu Maryjnego, jego wymiar teologiczny, duchowy i prawny, należy odwołać się do jego definicji, sformułowanej przez o. Manellego, zawartej w zakonnych konstytucjach: „Ślub Maryjny jest uroczystym przyrzeczeniem bezgranicznego poświęcenia się Niepokalanej na Jej «całkowitą własność», uczynionym Bogu podczas profesji zakonnej, w celu przyspieszenia nadejścia Królestwa Chrystusa na świat; niesie on ze sobą obowiązek pełnienia tej samej powszechnej misji Niepokalanej Pośredniczki”[1].

Z powyższej definicji można wyodrębnić następujące elementy:

  1. Ślub Maryjny, będąc uroczystym przyrzeczeniem, tworzy więź pomiędzy osobą składającą ślub a Bogiem poprzez ściśle określone obwiązki.

  2. Przyrzeczenie to składane jest przy profesji zakonnej, a więc stanowi akt publiczny[2].

  3. Składający ślub zobowiązuje się do poświęcenia się Niepokalanej w sposób bezgraniczny jako Jej własność.

  4. Celem takiego poświęcenia jest przyspieszenie ustanowienia Królestwa Bożego na świecie.

  5. Ślub maryjny włącza w powszechną misję Niepokalanej Pośredniczki, która polega na zbawieniu dusz[3].

Rozwijając powyższe punkty, postaramy się dokonać prezentacji Ślubu bezgranicznego poświęcenia się Niepokalanej.

Od XII w. w niektórych Zgromadzeniach zakonnych można było zaobserwować praktykę dodawania do klasycznej profesji (w której skład wchodzą śluby: posłuszeństwa, czystości i ubóstwa) innych ślubów publicznych o takiej samej randze jak pozostałe, które miały determinować konkretną formę życia zakonnego.[4] Był to rodzaj czwartego ślubu, określanego  jako votum proprium, którego charakterystyką jest wyrażenie charyzmatu Zgromadzenia, jego tożsamości duchowej i prawnej[5].

Pierwszej wyraźnej zapowiedzi Ślubu Maryjnego należy dopatrywać się w czwartym ślubie złożonym w formie prywatnej przez św. Maksymiliana i jego braci w 1932 roku w Japonii. Jego przedmiotem była „gotowość udania się gdziekolwiek na misje dla Niepokalanej” jako konsekwencja bezgranicznego oddania się Jej[6]. Nie był to zatem ślub poświęcenia się Niepokalanej w sensie ścisłym, jak ma to miejsce w przypadku Ślubu Maryjnego[7]. Druga różnica polega na tym, że Ślub bezgranicznego poświęcenia się Niepokalanej jest ślubem publicznym, co oznacza, że niesie za sobą poważniejsze zobowiązania. Początkowo Franciszkanie Niepokalanej, powołując się na św. Maksymiliana, określali go jako czwarty ślub, lecz z czasem, poddany głębszej analizie teologicznej i refleksji, został uznany za godny rangi pierwszego spośród ślubów i takim jest do dnia dzisiejszego[8].

Przyjrzyjmy się teraz, jakie elementy, z kanonicznego punktu widzenia, wchodzą w skład Ślubu Maryjnego. O. Manelli podaje, że po pierwsze jest to „bezgraniczne oddanie-poświęcenie siebie Niepokalanej, jako Jej całkowita własność, według formy życia zawartej w Regule franciszkańskiej, zatwierdzonej przez papieża Honoriusza III”, a następnie „maryjna działalność apostolska, mająca na celu przyjście Królestwa Chrystusa na cały świat”[9]. Te dwa elementy, jak tłumaczy dalej o. Manelli, wpisują się w wymiar ontologiczny oraz wymiar działania i pozostają między sobą w relacji: posiadać-dawać[10]. Wymiar ontologiczny oznacza, że bezgraniczne poświęcenie się Niepokalanej ma na celu maksymalne upodobnienie osoby konsekrowanej do Niepokalanej, aż do „przemienienia i «przeistoczenia» w Nią, tak, aby «została Ona sama»”[11]. Z kolei w wymiarze działania, Ślub Maryjny zachęca osobę konsekrowaną do najdalej posuniętej działalności apostolskiej i misyjnej, w celu przyspieszenia nadejścia Królestwa Chrystusa, udzielając mu jednocześnie łaski do wypełnienia danego zadania[12]. W praktyce, jak podają Konstytucje, przekłada się to na trzy obowiązki o charakterze legislacyjnym:

  1. Modlitwa i formacja maryjna, zarówno osobista, jak i wspólnotowa.

  2. Katecheza i apostolat maryjny przy użyciu wszelkich godziwych środków.

Obowiązek udania się na misje ad gentes, jeśli wymaga tego posłuszeństwo[13]

 


[1] Cost. 18.

[2] Zob.: Formuła profesji wieczystej w Instytucie Sióstr Franciszkanek Niepokalanej.

[3] Por. Palma Maria Grazia, Il francescanesimo delle origini nel carisma dei Francescani dell'Immacolata: Continuita e sviluppo. Thesis ad Doctoratum in Theologia, red. Theologia Pontificia Universitas Sanctae Crucis Facultas, Casa Mariana Editrice, Roma 2014. s. 589.

[4] Por. Prassino Maria Massimiliana, Un nuovo "dono" nel Mistero della Chiesa. Il Voto mariano della consacrazione illimitata all'Immacolata sotto l'aspetto canonico, thesis ad doctoratum in Iure Canonico totaliter edita, Casa Mariana Editrice, Castelpetroso 1995. s. 30.

[5] Por. tamże, s. 31-32.

[6] Por. PMK I 349, s. 514.

[7] Por. Palma Maria Grazia, dz. cyt. s. 591.

[8] Por. tamże, s. 592.

[9] Manelli Stefano Maria, Il Voto Mariano della Consacrazione illimitata all'Immacolata. Linee di spiritualita, Casa Mariana Editrice, Frigento, 2008, s. 15.

[10] Por. tamże.

[11] Dir. 22; na temat „przeistoczenia” w Niepokalaną , zob. PMK  I 452, s. 655.

[12] Por. Palma Maria Grazia, dz. cyt. s. 592-594.

[13] Cost. 18.

 

Modlitwa różańcowa Jest uczeniem się od Maryi przebywania z Jezusem. Jest modlitwą do Maryi, i jest naszą modlitwą, którą odmawiamy z Maryją. Jest kształtowaniem swojego serca na wzór Serca Maryi i otrzymywania łaski trwałego zjednoczenia z Bogiem. 

czytaj więcej: Różaniec

Różaniec a chrystocentryzm

Różaniec a liturgia

Refleksja o różańcu dla mojego życia

Z Traktatu św. Ludwika


 

Ave Maria!

Gwardian św. O. Pio zapytał go dlaczego nieustannie modli się na różańcu? O. Pio odpowiedział: „Skoro Niepokalana w Lourdes, a jeszcze bardziej Serce Niepokalanej w Fatimie, poleciło z naciskiem modlitwę różańca, czyż nie oznacza to, że różaniec ma wyjątkową wartość, dla nas i na nasze czasy?”.

Różaniec jest środkiem obrony, bardziej niż wszelka dyplomacja, potężniejszym niż jakakolwiek organizacja i prasa. Kto odmawia różaniec więcej czyni dla dobra ludzkości niż jakikolwiek mówca, redaktor, organizator, sekretarz, czy poseł. Kto odmawia różaniec, ten wywiera wpływ na bieg spraw tego świata za pomocą Tej, której mądrości i potędze nie dorównają wszystkie uniwersytety i rządy. W różańcu, w pewnym sensie spełnia się to co mówi święty Paweł w liście do Koryntian "Napisane jest bowiem: Wytracę mądrość mędrców, a przebiegłość przebiegłych zniweczę…. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to co jest, unicestwić." po ludzku sądząc trudno właściwie zrozumieć jakim sposobem różaniec jest środkiem ratunku dla zagrożonej ludzkości, w oczach nauki jest niczym, jest rzeczą niepozorną, bez znaczenia. Kościół jednak wierzy że kryje się w nim tajemnica Zwycięstwa.

Kto ma w sobie silnie wyrobione poczucie katolickie ten stanie w szeregu czcicieli różańca. Modlitwa różańcowa jest środkiem ratunku na współczesne choroby i bolączki świata. Jest sposobem, wskazanym przez naszą Matkę aby zażegnać zbliżające się katastrofy. Aktualnie w świecie jest mnóstwo niepokojących „zapalników”: Ukraina, Palestyna, Syria, Afryka, Chiny, Rosja… Mówiąc kolokwialnie „siedzimy na bombie atomowej” – kto ją rozbroi? Maryja i my – poprzez modlitwę różańcową! A więc do dzieła….

O Abrahamie w liście do Rzymian św. Paweł mówi, że „wbrew nadziei uwierzył nadziei (stanie się ojcem wielu narodów)… i nie zawahał się w wierze, choć STWIERDZIŁ (on i jego żona Sara byli w b. podeszłym wieku)….

Patrząc na współczesną sytuację świata i kościoła także i my STWIERDZAMY wiele niepokojących, czasami przerażających faktów… które zamykają nas jakby w potrzasku, ale to tylko pozorny potrzask, bo ostatnie słowo zawsze należy do Boga. Pytanie, czy my, użyjemy tego potężnego środka jakim jest RÓŻANIEC, który dało i ciągle nam daje Niebo i o którego modlitwę Niebo nas prosi w każdym maryjnym objawieniu? Czy użyjemy go tak, że zdołamy zażegn niebezpieczeństwa które wiszą nad światem, jak to zrobili nasi przodkowie pod Lepanto, podczas Cudu nad Wisłą, czy też cudu na Filipinach? Czy i my, jak Abraham, wbrew nadziei uwierzymy nadziei, i nie będziemy się wahać w wierze czy też wątpić w Boże obietnice? Maryja już zwyciężyła! (zmiażdżyła łeb szatana) . Pan Bóg, jak kiedyś w raju, tak i teraz nie pozostawia człowieka samemu sobie, i nawet jeśli wielu idzie dobrowolnie na zatracenie, a my stwierdzamy tego fakty, to nie zapominajmy, że kto się modli rządzi sercem P. Boga (św. Maksymilian), a przez to rządzi całym światem, więc korzystajmy z zachęty tegoż świętego i:

„Módlmy się i dobrze się módlmy, a będzie wszystko dobrze. Im sumienia nasze będą czystsze, tym modlitwa będzie potężniejsza i potężniejsze skutki”. AMEN! Ave Maria!

Podkategorie

Czy możemy pomóc duszom czyśćcowym dostać się do nieba?

Oto nauczanie Kościoła w tej kwestii: Możemy pomagać, a także uwalniać zmarłych od cierpień czyśćcowych, „ofiarując za nich modlitwy za zmarłych, w szczególności Ofiarę Eucharystyczną, lecz także jałmużnę, odpusty i dzieła pokutne” [Kompendium KKK 211].

Dzięki obcowaniu świętych, członkowie Kościoła triumfującego w niebie, Kościoła cierpiącego w czyśćcu oraz Kościoła walczącego na ziemi mogą pomagać sobie wzajemnie w miłości Chrystusa, Głowy Ciała Mistycznego.

Jakkolwiek znajdują się oni w różnych warunkach i stanach życia, członkowie potrójnego Kościoła stanowią istotnie jedno Ciało Mistyczne, którego Głową jest Pan Jezus, obecny i działający zawsze w miłości tych, którzy pomagają innym. Oto zachwycająca solidarność łaski łącząca trzy części Kościoła, poprzez wzajemną pomoc, w jedności miłości z Głową Kościoła, Jezusem Chrystusem.

Copyright © 2026 Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Niepokalanej