Być Maryją dla Jezusa
Być Maryją dla Jezusa
Ostatecznym celem nabożeństwa do Matki Bożej nie jest Ona sama, ale Jezus. Tak, Jezus! Prawdziwa cześć dla Maryi nie jest celem samym w sobie, ale stanowi narzędzie, drogę i siłę miłości prowadzącej do ostatecznego celu egzystencji ludzkiej: Jezusa i Nieba.
Pan Jezus jest „Początkiem i Końcem” (Ap 21,6) każdej rzeczy. „Wszystko przez Niego się stało” (J 1,3). Także Najświętsza Panna. Przede wszystkim Ona! Bez Jezusa Maryja nigdy by nie zaistniała.
Kochać Maryję zatem, poświęcić się Jej i należeć do Niej bezwarunkowo, oznacza ofiarować siebie Tej, która w całości odnosi się do Jezusa, która jest Jemu oddana od wieków i na zawsze, i która oddaje Panu Jezusowi siebie samą wraz ze wszystkimi, którzy Jej się powierzają. Oto droga pobożności maryjnej: iść do Jezusa z Maryją i w Maryi. Dobrze mówi św. Ludwik M. Grignion de Montfort: oddawanie czci Maryi polega głównie „na oddaniu siebie w całości Maryi, a przez Jej pośrednictwo Jezusowi, oraz na czynieniu wszystkiego z Maryją, w Maryi i przez Maryję”.
Wszyscy czciciele Maryi powinni realizować natchnione słowa św. Ambrożego: „Niech będzie w was dusza Maryi, ażeby wychwalać Boga. Duch Maryi niech w was będzie, by uwielbiać Pana”.
Przeniknąć do pałacu
„Maryja jest jak cudowny pałac” – mawiał św. Maksymilian M. Kolbe. Wewnątrz i pośrodku tego pałacu suwerennie panuje Jezus Chrystus. Żeby więc dostać się do Jezusa, musimy przeniknąć do tego pałacu. „Bądź pozdrowiona, Pałacu Jego!” – wołał św. Franciszek z Asyżu.
Trzeba więc przeniknąć do Maryi – czyli pokochać Ją aż do zjednoczenia się z Nią; aż do wniknięcia i zamknięcia się w Niej. „Przemienić się w Nią” – tak z kolei mawiali św. Ludwik Grignion de Montfort i św. Maksymilian Kolbe. Św. Maksymilian używa wręcz odważnego wyrażenia: „przeistoczenie się” w Maryję, aby „stać się Nią, sprawić by w nas pozostała tylko Ona”. Błogosławiony Karol de Foucauld również pragnął „stać się drugą Maryją, żyjącą i działającą”, „umaryjnić się”, to znaczy realizować w odniesieniu do Maryi wielkie słowa św. Pawła: „Moim życiem jest Maryja”, „Nie żyję już ja, lecz żyje we mnie Maryja” (por. Flp 1,21). Po co jednak to wszystko?
Stawanie się Maryją oznacza możliwość kochania Pana Jezusa poprzez uczestnictwo w miłości najdoskonalszego stworzenia. Stawanie się Maryją oznacza możliwość podobania się Jezusowi, sprawiania mu radości i przyjemności poprzez okazywanie Mu w nas niebiańskich rysów twarzy Jego Najświętszej Matki, poprzez dawanie Mu odczuć w naszym sercu impulsów czystej i wzniosłej miłości Jego Matki zawsze Dziewicy.
Kiedy się wzrasta w pobożności maryjnej – naucza św. Maksymilian M. Kolbe – dochodzi się do momentu, w którym „Ona naszym ubogim sercem kocha swoje Boże Dzieciątko. Stajemy się narzędziem, którym Niepokalana kocha Jezusa – a Jezus, widząc, że jesteśmy własnością i niemalże częścią Matki Najświętszej, kocha Ją w nas i przez nas”. Dlatego też prawdziwe nabożeństwo do Maryi, dalekie jest od ujmowania czegokolwiek Panu Jezusowi. Jest ono radością najsłodszą, najmilszym weselem w sercu Syna.
Pewnego dnia św. Gertruda wysłuchała kazania, w którym wysławiano Maryję w silnym porywie miłości, nie mówiąc jednak ani słowa o Panu Jezusie. Świętej zrobiło się przykro z powodu milczenia na Jego temat, i kiedy przechodziła obok obrazu Maryi, doświadczyła tym razem mniejszego uniesienia, pozdrawiając Ją. Natychmiast ukazał jej się Pan Jezus i powiedział: „Uznaję za uczyniony wobec Mnie samego każdy wyraz uszanowania dla Mojej Matki”.
Nie jest możliwe, aby syn poczuł się obrażony lub zasmucony, widząc swoją matkę otaczaną szacunkiem i miłością. Jest wręcz odwrotnie. Wielki św. Bernard twierdził: „Nic mnie tak nie cieszy, jak mówienie o chwale Maryi Dziewicy”. Pokorna św. Bernadetta Soubirous mówiła, że ma w sercu tylko jedną ambicję: widzieć Najświętszą Pannę przez wszystkich „kochaną i wychwalaną”.
A św. Joanna de Chantal napisała, że „ten modli się w sposób dostatecznie miły Najświętszej Pannie, kto wielbi Boga za wielkie rzeczy, które w Niej uczynił oraz za to, że Ją wybrał na Swą godną i prawdziwą Matkę”.
Dlatego Kościół zawsze nauczał, że zjednoczenie z Maryją nie tylko „nie przeszkadza w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia ją” (Lumen Gentium, 60). Nie może być inaczej – im bardziej jest się zjednoczonym z Maryją, tym bardziej jest się zjednoczonym z Jezusem.
Na najlepszej drodze
Prawdziwe i doskonałe nabożeństwo do Maryi prowadzi nas do Pana Jezusa, naszego ostatecznego celu, najjaśniejszą drogą; drogą, jaką On sam wybrał, aby przyjść do nas. Św. Bernard mówił, że Najświętsza Panna była „królewską Drogą Zbawiciela”. Skoro zaś Pan Jezus wybrał tę Drogę, ażeby dać nam Siebie, nie myślimy chyba, że znajdziemy lepszą, by dać się Jemu! Działanie Boga jest doskonałe. Jeśli więc my działamy odmiennie, siłą rzeczy popadamy w niedoskonałość.
Na ten temat, zarówno św. Ludwik Grignion de Montfort, jak i św. Maksymilian, twierdzą zgodnie, że doskonałe nabożeństwo do Maryi stanowi „prostą, krótką, doskonałą i bezpieczną drogę do zjednoczenia z naszym Panem”, ponieważ Maryja zna matczyną sztukę osładzania tego, co kwaśne lub gorzkie i zmiękczania tego, co zbyt twarde. Bł. Guntard Ferrini mawiał: „Jeśli droga prowadząca do Serca Jezusowego jest długa i stroma – jedno spojrzenie na Serce tej Matki, i dalej, odwagi!”.
Tak, Maryja naprawdę skraca odległości, pomaga lepiej maszerować i szybciej osiągnąć cel.
Pewnego razu jeden z synów duchowych św. Pio z Pietrelciny poprosił: – „Ojcze, pokaż mi drogę na skróty do Pana Boga”. Ojciec Pio odpowiedział: – „Drogą na skróty jest Panna Maryja”.
Skoro więc nabożeństwo do Matki Bożej rzeczywiście jest drogą na skróty do uświęcenia, dlaczego mielibyśmy narażać się na niebezpieczeństwa długiej drogi? Powinniśmy raczej dziękować Bogu, że pozwala nam korzystać z tej niebiańskiej „drogi na skróty”, którą moglibyśmy nazwać „autostradą” do Serca Jezusowego. Co więcej, św. Alfons Liguori, ze zwykłą sobie serdecznością, zachęca nas usilnie do proszenia Najświętszej Panny, żeby wręcz niosła nas na rękach! „Ach, Pani! Nie oczekuj, że sam będę szedł do Boga, jeśli Ty mnie nie poniesiesz na swoich ramionach. Weź mnie na ręce i nieś; a jeśli będę się opierać, weź mnie siłą”.
Po białej drabinie
Droga pobożności maryjnej to „biała drabina”, jaką w sławnej wizji ujrzał brat Leon. Świątobliwemu zakonnikowi ukazało się niezmierzone pole, a na nim wielu współbraci, którzy mieli wejść do nieba. Stały tam też dwie drabiny – czerwona i biała. Na szczycie czerwonej, obok Pana Jezusa stał św. Franciszek, który zapraszał do wejścia. Bracia zaczynali więc z ufnością wspinać się po niej – wkrótce jednak spadali, jedni z pierwszego szczebla, drudzy z drugiego, jeszcze inni z trzeciego. Nieliczni, z wielkim mozołem, już prawie osiągali szczyt – lecz i oni spadali na dół. Seraficki Ojciec zachęcił więc swoich synów: „Odwagi, ufajcie! Biegnijcie do białej drabiny”. Tam zaś Przepiękna, tam Niepokalana zapraszała tych, którzy do Niej się uciekali i wszyscy oni z cudowną łatwością wchodzili na sam szczyt.
Przede wszystkim jednak, prawdziwe nabożeństwo maryjne jest najdoskonalszą – to znaczy najszlachetniejszą i najpiękniejszą – drogą do Jezusa. Zaiste któreż stworzenie prócz Maryi było kiedykolwiek tak bezpośrednio zjednoczone z Jezusem, tak całe Jezusa, z Jezusem i dla Jezusa? Żadne stworzenie, ani niebieskie, ani ziemskie.
Być Maryją dla Jezusa oznacza zatem oddanie siebie Jezusowi w najdroższej, najmilszej i najdelikatniejszej formie. Oznacza pokorne zachowanie względem Niego, odnoszenie się doń z miłością, otaczanie Go troskliwym uczuciem i wielką czułością, jak robiła to Maryja – jakże wielkie to marzenie dla nas biednych! A przecież nabożeństwo do Bogurodzicy prowadzi nas do przemienienia się w Maryję. Pozwala nam stać się na Jej obraz i podobieństwo (por. Rdz 1,26), ku radości Pana Jezusa.
Być może teraz lepiej rozumiemy, dlaczego św. Jan Berchmans mawiał: „Nie spocznę, póki nie będę prawdziwie czcił Maryi”; lepiej rozumiemy, dlaczego wszyscy święci z pasją pielęgnowali nabożeństwo do Najświętszej Panny, modląc się o nie, do czego także zachęcał św. Maksymilian.
„Nigdy nie czytałem o żadnym świętym – mówi św. Bonawentura, – który by nie żywił szczególnego nabożeństwa względem chwalebnej Dziewicy”. Co więcej, w świętych wręcz oczarowuje ów niebiański niepokój, by pobić każdy rekord w miłości do Maryi.
Na przykład św. Jan Eudes nie chciał pogodzić się z myślą, że ktoś mógłby kochać Maryję bardziej od niego, a św. Teresa od Jezusa, gorąco wyrażała życzenie: „Pragnę być po Jezusie tą osobą, która najbardziej ukocha Maryję”.

