Historia mojego powołania zaczęła się w 2008 roku, kiedy udałam się do Częstochowy na pielgrzymkę. Byłam pełna entuzjazmu, ponieważ uczestniczyłam w niej już dwukrotnie. Pieśni maryjne, młodzież z pozytywnym nastawieniem ducha, radosna atmosfera – wszystko to bardzo mi się podobało. Ale już po pierwszym dniu mój entuzjazm zmniejszył się z powodu kontuzji ścięgna, która uniemożliwiła mi chodzenie. Z tego powodu musiałam korzystać z pomocy innych albo przynajmniej podpierać się kijem. Kulałam niemal przez cały tydzień, jednak w niedzielę Pan Bóg uwolnił mnie od tej dolegliwości. A wszystko to zaczęło się od różańca, który ożywiał nasz marsz każdego dnia. Wśród intencji , które były czytane zawsze na głos usłyszałam pewnego razu, że modlą się również za Asię (imię, które nosiłam przed wstąpieniem do zakonu), która ma problemy z chodzeniem. I natychmiast uczułam, że nie potrzebuję się już podpierać, że mogę iść sama, a nawet - ku zdumieniu wszystkich- nieść sztandar. Od tej pory zaczęłam codziennie odmawiać różaniec, ale niestety – moja próżność nie miała granic! Marzyłam także o chłopaku, który by mnie kochał bezinteresownie i myślał podobnie jak ja. Tak też się zdarzyło. Spotkałam osobę, która miała wszystkie te zalety: wierzący, inteligentny, uprzejmy. Był tylko jeden problem – Niepokalana miała inny plan. Patrząc na gałęzie drzew często widziałam, jak układają się w kształt litery ”T”. Wiedziałam, że Tau jest symbolem franciszkanów. Może ktoś inny na moim miejscu byłby szczęśliwy, ale ja nie – miałam własne plany na życie i nie miały one nic wspólnego z zakonem. Pan Bóg jednak jest cierpliwy. Delikatnie ponawiał swoje zaproszenie i na mnie czekał. Zdarzało się, że kapłani podpowiadali mi podczas spowiedzi, abym zastanowiła się nad założeniem rodziny. Innym razem usłyszałam od jednego z nich, że miał wrażenie, jakby spowiadał siostrę zakonną. Zdarzyło mi się też na ulicy spotkać człowieka, który nazwał mnie „zakonnica”.

Wszystko wydawało mi się jasne: mam powołanie do zakonu. Tylko że moja natura wzbraniała się przed tym wszelkimi sposobami. Już sama myśl o takiej formie życia napawała mnie lękiem. Nie zdawałam sobie sprawy jakie znaczenie “w ekonomii zbawienia dusz” ma oblubienica Pana Jezusa, że nie zaślubia Go jedynie “do śmierci” ale na całą wieczność. Kto by pomyślał! Pewnego dnia uczestnicząc we Mszy św. usłyszałam czytanie z Księgi Jonasza. To był punkt kulminacyjny, gdyż Prorok ów, podobnie jak ja, nie chciał czynić Woli Bożej. Po Mszy św. podeszłam do wielkiego krzyża, który znajdował się przy wejściu, objęłam przebite stopy Pana Jezusa i modliłam się, żeby dodał mi sił, aby wstąpić do klasztoru, bo sama nie miałam ich na tyle, by uczynić pierwszy krok. Wróciłam do domu i wpisałam w wyszukiwarce internetowej “franciszkanki” i “miłosierdzie.” Wśród innych zgromadzeń pojawiły się również Franciszkanki Niepokalanej. Napisałam do nich z prośbą, by móc odbyć u nich kilka dni rekolekcji. Pierwszym wolnym terminem, jakim dysponowałam, był 13 sierpnia – dzień objawień Matki Bożej Fatimskiej. Przypadek? Myślę, że nie. Gdy tylko przekroczyłam próg Sióstr poczułam, że to miejsce jest dla mnie. Dzień po przyjeździe, tj. w niedzielę, powiedziałam o tym Matce Przełożonej, która zasugerowała mi, abym jeszcze to przemyślała (jeden dzień rekolekcji to, jakby nie patrzeć, niewiele) Wiedziałam jednak, że i tak już zbyt wiele czasu zmarnowałam i nie chciałam dłużej uciekać. Miesiąc później, 8 września, w dzień narodzin Matki Bożej, wylawszy wcześniej morze łez, nareszcie wstąpiłam do klasztoru. Pierwszy krok był trudny... ale Pan Jezus wynagradza wszystko! Teraz w końcu realizuję plan, który Pan Bóg ma względem mnie i muszę powiedzieć, że nie przypuszczałabym nigdy, że czynienie Woli Bożej może przynieść tak wiele szczęścia!

s. Maria Serafina FI

Copyright © 2017 Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Niepokalanej